Lizbona – magiczne miasto na krańcu Europy

Portugalia

Wskazanie czynnika, który sprawił, że zapragnęłam odwiedzić Lizbonę jest zabawny. Wszystkiemu winne jest pudełko chusteczek. Gdy po powrocie z Barcelony zaczęłam zastanawiać się dokąd polecieć za rok, obstawiałam wszystko, tylko nie Portugalię. Los lubi płatać figle. Od podjęcia decyzji do zakupu biletów minęło trochę czasu, bo towarzyszyły mi różne myśli. W zasadzie pierwszy raz miałam udać się w miejsce, którego język jest mi totalnie obcy. Portugalski to nie hiszpański, mimo że więcej jestem w stanie zrozumieć z języka pisanego aniżeli mówionego. Szukanie korzystnego połączenia spędzało mi sen z powiek. Nie chciałam przecież wydać majątku na same bilety. Chyba pierwszy raz w życiu miałam przed wyjazdem tak wiele obaw.

Lot z Poznania do Barcelony opóźniony o około pół godziny. W mojej głowie pojawia się powoli panika. Co jeśli nie zdążę na przesiadkę? Muszę przecież zmienić terminal! A co z przejściem przez kontrolę bezpieczeństwa, przecież ostatnio czekałyśmy tutaj tyle czasu?! Jeszcze pewnie bramka będzie gdzieś na samym końcu terminala. I jeszcze gdzieś pomiędzy tym wszystkim meldunek Mamie, że doleciałam cała i zdrowa… Całe szczęście w nieszczęściu, że lot do Lizbony był opóźniony o godzinę! A ja i tak zdążyłam ze wszystkim na czas. Jak zwykle.

 

Jadąc w jakiekolwiek miejsce lubię wiedzieć o nim co nieco. Po przejrzeniu niemal wszystkiego co znalazłam w Internecie wiedziałam, że Lizbona to nietypowe miasto. A z pewnością to nietypowa stolica, bo zupełnie nie czuć tutaj wielkomiejskiego zgiełku, który towarzyszył mi choćby w Madrycie. Lizbona jest jedyna w swoim rodzaju. Skradła moje serce już w dniu przylotu i jeszcze długo po powrocie nie daje o sobie zapomnieć i nadal wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Zwiedzania tego miasta najlepiej nie planować. Spacerowanie wąskimi uliczkami w górę i w dół, zachwycanie się najmniejszymi detalami to najlepsze co możecie zrobić. Tutaj na każdym kroku znajdujemy coś, co przyciąga naszą uwagę. Azulejos stają się naszym wiernym towarzyszem. Turystyczne to miasto, fakt, lecz wystarczy zejść z głównego szlaku i szukać perełek na naszej drodze. A w Lizbonie takich jest wiele! Czasami może być ciężko maszerując pod stromą górę lub niezliczoną ilość schodów, ale dla widoków warto. I nawet warto się poświęcić i przemierzyć tę samą trasę drugi raz, gdy wydaje nam się, że coś pominęliśmy.

W Lizbonie nauczyłam się zwiedzania bez mapy. Zdałam się na swój zmysł i czasami miałam wrażenie, że już tutaj byłam. Z tego powodu nie jestem w stanie wskazać w jakiej dzielnicy byłam w danym momencie. Poszłam gdzieś na wschód a potem na zachód. I tak cały dzień. A nawet trzy. Moimi wyznacznikami stały się czasami punkty widokowe, którym poświęciłam sporo czasu. Dopiero z tej perspektywy mogłam dostrzec jak ukształtowana jest Lizbona.

Alfama, Belem, Baixa – Lizbona w nazwach dzielnic. Jednak miasto tworzą ludzie. O Portugalczykach wiedziałam niewiele. Rok temu po przeczytaniu książki „Samotność Portugalczyka” Izy Klementowskiej poczułam, że chcę poznać ten naród bliżej. Utożsamianie ich z Hiszpanami jest błędem. To dwa kraje, które łączy burzliwa historia i czasy dyktatury Franco i Salazara. Jacy są Portugalczycy? Moim zdaniem mili, pomocni, spokojni. Nie tacy głośni jak Hiszpanie, celebrujący siestę i ceniący swój czas. Co ważne – w Lizbonie dostrzegalne jest to, że Portugalia była swego czasu kolonizatorem, ale z drugiej strony jest tutaj miejsce dla każdego.

 

Każdy kto miał okazję być w Lizbonie zgodzi się na pewno ze mną, że chce się tutaj wrócić. Dawniej okno na świat, dzisiaj jedno z najczęściej odwiedzanych miast Europy. Lizbona to tak naprawdę był wstęp do mojej wyprawy po Portugalii.

Ciąg dalszy nastąpi…

Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *